Tuż przed ślubem przyszła teściowa nagle oświadczyła, że istnieje dziwna rodzinna umowa.

 

— Anna, musimy porozmawiać. Natychmiast — Charlotte stała w drzwiach garderoby, ściskając w dłoniach czarną skórzaną teczkę.

 

Anna zaskoczona uniosła wzrok znad ślubnego manicure. Była dopiero dziewiąta rano, a przyszła teściowa wyglądała perfekcyjnie: surowy liliowy kostium i idealna fryzura.

 

— Oczywiście, Charlotte. Czy coś się stało? — Anna wstała, poprawiając jedwabny szlafrok.

*

— Nie tutaj. — Charlotte spojrzała na krzątających się stylistów. — Chodźmy do biblioteki.

 

Anna przeprosiła manicurzystkę i poszła za przyszłą teściową. Przez głowę przemknęła jej niepokojąca myśl: czyżby ślub miał zostać odwołany? Może Pierre zmienił zdanie? Nie, to niedorzeczne. Wczoraj wieczorem dzwonił, mówił o miłości i o tym, jak bardzo czeka na jutro.

 

Biblioteka w domu Duvalów zawsze ją onieśmielała. Ciemne regały aż po sufit, zapach starego papieru i niewypowiedziana zasada mówienia półgłosem. Charlotte zamknęła drzwi i wskazała krzesło przy masywnym dębowym stole.

 

— Usiądź, Annette.

 

To „Annette”, wypowiedziane przez zwykle powściągliwą Charlotte, zabrzmiało szczególnie niepokojąco.

 

— Muszę opowiedzieć ci o tradycji rodziny Duvalów. A dokładniej — o rodzinnej umowie — Charlotte położyła czarną teczkę na stole. — Ten dokument ma ponad sto lat i podpisywał go każdy, kto wchodził do naszej rodziny.

 

Otworzyła teczkę. W środku leżały dwa dokumenty: pożółkły oryginał oraz nowoczesna kopia, wydrukowana na grubym papierze z znakami wodnymi.

 

— Ta umowa jest fundamentem naszej rodziny. Zawiera dwa kluczowe postanowienia — Charlotte stuknęła zadbanym palcem w papier. — Po pierwsze: małżonek wchodzący do rodziny Duvalów przyjmuje nasze nazwisko. Po drugie: przez pierwsze pięć lat po ślubie nowożeńcy mieszkają w rodowym domu pod… opieką starszych.

 

Anna poczuła, jak ściska ją w gardle.

 

— Ale… Pierre i ja już wynajęliśmy mieszkanie. I nie planowałam zmiany nazwiska — mam karierę, publikacje…

 

— To tradycja — powiedziała Charlotte twardo. — Sama przez to przeszłam. Matka Victora też. I babcia…

 

— Charlotte, dlaczego Pierre nic mi o tym nie powiedział?

 

— Mężczyźni często unikają trudnych rozmów — przyszła teściowa zacisnęła usta. — Ale jestem pewna, że zna tę umowę.

 

Anna wzięła nowoczesną kopię dokumentu. Zawiły język prawniczy jasno określał te warunki, a także zapisy o „szacunku wobec starszych”, „przestrzeganiu tradycji rodzinnych” i nawet o „właściwym wychowaniu potomstwa”.

 

— A co, jeśli nie podpiszę?

*

Charlotte wyprostowała się, natychmiast przypominając surową dyrektorkę:

 

— Wtedy ślubu nie będzie. To nie mój kaprys. To nasza rodzinna tradycja. Wszyscy Duvalowie i ich małżonkowie podpisywali ją przez ostatnie sto lat.

 

— Muszę porozmawiać z Pierrem — Anna wstała, czując drżenie kolan.

 

— Masz czas do rozpoczęcia ceremonii. Podpis musi się pojawić przed wymianą obrączek.

 

Anna wybiegła z biblioteki, ledwo powstrzymując łzy. Na korytarzu wpadła na Sophie, swoją przyjaciółkę i świadkową.

 

— Co się stało? Jesteś cała blada! — Sophie chwyciła ją za ręce.

 

— Muszę natychmiast znaleźć Pierre’a.

 

— Ale przecież nie chcesz łamać tradycji? Pan młody nie powinien widzieć panny młodej przed ceremonią.

 

— Do diabła z tradycjami! — Anna przeklęła po raz pierwszy w życiu. — To coś znacznie poważniejszego…

 

Pierre był w domku gościnnym na terenie posiadłości. Właśnie wiązał krawat, gdy Anna bez pukania wpadła do pokoju.

 

— Anna? Co ty… — urwał, widząc jej twarz.

 

— Wiedziałeś? — podała mu kopię umowy. — Wiedziałeś o tym?

 

Pierre pobladł. Ręka z krawatem powoli opadła.

 

— Mama ci pokazała… — to nie było pytanie, lecz stwierdzenie.

*

— Więc wiedziałeś — Anna opadła na fotel. — Półtora roku związku, osiem miesięcy przygotowań do ślubu — i ani słowa o tym, że mam rzucić wszystko i zamieszkać z twoimi rodzicami na pięć lat!

 

— Myślałem, że to tylko formalność. Stary rodzinny rytuał — Pierre usiadł naprzeciwko niej. — Szczerze mówiąc, nie wierzyłem, że w 2025 roku ktoś będzie nalegał na taką archaiczną rzecz.

 

— Twoja matka nalega. I mówi, że bez mojego podpisu ślubu nie będzie.

 

Pierre przeczesał włosy dłonią, całkowicie psując fryzurę.

 

— Porozmawiam z nią. Znajdziemy kompromis.

 

— Jaki kompromis? — głos Anny zadrżał. — Albo podpiszę, albo nie. A jeśli nie — nie pobierzemy się. Dokładnie tak powiedziała twoja matka, prawda?

 

Pierre wstał i podszedł do okna. Na dziedzińcu ustawiano już łuk do ceremonii plenerowej i rozstawiano krzesła.

 

— Nie wiedziałem, że wyciągnie tę umowę właśnie dziś. Myślałem, że najpierw się pobierzemy, zamieszkamy osobno, a potem to omówimy…

 

— Omówimy co? Moją przeprowadzkę do rodzinnego gniazda pod skrzydła twojej matki? — Anna czuła, jak wzbiera w niej żal. — Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? Przecież to dotyczy naszej przyszłości!

 

— Nie rozumiesz, jakie znaczenie ta umowa ma dla mojej rodziny — Pierre odwrócił się do niej. — Nie mówi się o niej przed ślubem. To jak… tajny rytuał wtajemniczenia.

 

— Tajny rytuał? — Anna nie wierzyła własnym uszom. — Pierre, żyjemy we współczesnym świecie! Budowałam karierę przez siedem lat! Mam imię i nazwisko, pod którym ukazują się moje artykuły! Jak mogłeś to ukrywać?..

 

*

Pierre milczał. Długo. Zbyt długo jak na człowieka, który za kilka godzin miał powiedzieć „tak” przed dziesiątkami gości.

 

— Ja… naprawdę myślałem, że to nie będzie problem — powiedział w końcu z trudem. — Że podpiszesz, a potem jakoś wszystko ułożymy. Mama… potrafi naciskać. Ale z czasem odpuszcza.

 

Anna powoli wstała. W środku była pustka i całkowita cisza — taka, jaka bywa przed burzą.

 

— Czyli liczyłeś na to, że podpiszę, żeby tobie było łatwiej? — spojrzała mu prosto w oczy. — A potem miałabym „układać” swoje życie od nowa? Karierę, nazwisko, wolność?

 

— Nie chciałem cię stracić — Pierre zrobił krok w jej stronę. — I nie chciałem wojny z rodziną.

 

— A ja miałam być kompromisem między tobą a twoją matką?

 

Odwrócił wzrok. To była odpowiedź.

 

Anna uśmiechnęła się gorzko, bez gniewu.

 

— Wiesz, co jest najstraszniejsze? Nawet nie ta umowa — powiedziała ciszej. — Najstraszniejsze jest to, że zdecydowałeś za mnie. Milczałeś. Zwlekałeś. Liczyłeś, że się dopasuję.

 

— Anna, poczekaj — próbował chwycić ją za rękę. — Porozmawiajmy z mamą razem. Teraz. Powiem, że się nie zgadzamy. Że to nasza decyzja.

 

Odsunęła rękę spokojnie, lecz stanowczo.

 

— Za późno, Pierre. Takie rozmowy prowadzi się, zanim w dniu ślubu przynosi się teczkę z warunkami.

 

Ktoś cicho zapukał do drzwi. W progu pojawiła się Sophie.

 

— Przepraszam… — zawahała się, patrząc na nich oboje. — Goście już się zbierają. Twoja mama pyta, czy wszystko idzie zgodnie z planem.

 

Anna wzięła głęboki oddech.

 

— Przekaż Charlotte, że idę.

*

Pierre gwałtownie podniósł głowę.

 

— Anna…

 

— Idę porozmawiać. Ale nie podpisać.

 

W bibliotece Charlotte już czekała. Teczka leżała otwarta na stole, długopis ułożony idealnie równo, jak na egzaminie.

 

— Podjęłaś decyzję? — zapytała spokojnie, jakby chodziło o wybór wina.

 

— Tak — Anna spojrzała jej w oczy. — Nie podpiszę.

 

W pokoju zrobiło się zimno.

 

— W takim razie rozumiesz konsekwencje.

 

— Rozumiem — skinęła Anna. — I je akceptuję.

 

Charlotte zwróciła się do syna.

 

— Pierre?

 

Milczał. Potem cicho powiedział:

 

— Mamo, nie mogę jej zmusić.

 

Teściowa powoli zamknęła teczkę.

 

— Więc wybierasz ją, a nie rodzinę?

 

Anna poczuła nagły spokój.

*

— Nie, Charlotte. On po prostu po raz pierwszy nie wybiera za kogoś.

 

Cisza się przeciągnęła. Gdzieś na dole rozbrzmiała muzyka — muzycy ćwiczyli początek ceremonii.

 

— Ślubu nie będzie — powiedziała w końcu Charlotte. — Nie pozwolę zniszczyć tradycji.

 

— Tradycje, które opierają się wyłącznie na strachu i milczeniu, niszczą się same — odpowiedziała spokojnie Anna.

 

Odwróciła się i wyszła. Nie biegiem. Bez łez. Po prostu szła korytarzem, mijając lustra, kwiaty i cudze oczekiwania.

 

Na zewnątrz było słonecznie. Goście szeptali; ktoś patrzył ze zdziwieniem, ktoś udawał, że nic się nie dzieje.

 

Pierre dogonił ją przy bramie.

 

— Nie wiem, co będzie dalej — powiedział głucho. — Ale nie chcę cię stracić.

 

Anna zatrzymała się.

*

— Ja też nie wiem — odpowiedziała szczerze. — Ale jeśli kiedyś spróbujemy jeszcze raz, to bez umów, ultimatum i tajnych rytuałów. Na równych zasadach. Albo wcale.

 

Pocałowała go lekko w policzek — niemal pożegnalnie — i odeszła.

 

Godzinę później siedziała w pociągu, patrząc przez okno. Telefon nie przestawał wibrować, ale nie odpowiadała.

 

Po raz pierwszy od dawna jej nazwisko, jej życie i jej wybór należały znów tylko do niej.