— Zgodnie z prawem należy mi się część tego mieszkania, — oznajmiła bezczelnie teściowa.

— Co to ma znaczyć? — Marie zatrzymała się w drzwiach, patrząc na walizki stojące w rogu salonu.

— Marie, nie martw się, to tylko na krótko, — Eric nerwowo przestąpił z nogi na nogę, wyraźnie przygotowując się na burzę.

— Na krótko? — głos Marie podniósł się o oktawę. — Twoja matka ma dwie ogromne walizki! To wygląda jak przeprowadzka, nie jak wizyta!

 

Z sypialni wyszła Catherine. Włosy starannie ułożone, na twarzy ani cienia zakłopotania. Przeciwnie — pewność kogoś, kto dokładnie wie, co robi.

— Marie, dzień dobry. Nie denerwuj się od razu. Z Ericiem już wszystko omówiliśmy.

— Omówiliście? — Marie odwróciła się do męża. — Eric, o czym wy mówicie?

 

— Cóż, mama pokłóciła się z Anthonym, — zaczął tłumaczyć winowatym tonem. — Na razie nie ma gdzie mieszkać, więc przyjechała do nas. Tymczasowo.

— Tymczasowo, — powtórzyła Marie. Rzuciła torbę na podłogę i oparła się o ścianę. Dzień w pracy był ciężki: dwóch dużych klientów żądało pilnych wysyłek, dokumenty się mieszały, a teraz jeszcze to.

*

— Zgodnie z prawem należy mi się część tego mieszkania, — powiedziała spokojnie Catherine, wygładzając obrus. — Dałam pięćdziesiąt tysięcy na wkład własny do kredytu. Mam więc pełne prawo tu być.

 

Marie poczuła, jak wszystko się w niej zaciska. Pięćdziesiąt tysięcy. Tak, te pieniądze rzeczywiście były sześć lat temu. Wtedy wydawało się, że to po prostu pomoc dla młodej pary. Teraz wyglądało na to, że uważa się za współwłaścicielkę.

 

— Mamo, nie zaczynaj od razu, — próbował wtrącić Eric, ale obie kobiety go zignorowały.

— Catherine, — Marie wyprostowała się, starając się mówić spokojnie. — Pomogliście nam finansowo, to prawda. Ale mieszkanie jest zapisane na mnie i Erica. Od sześciu lat co miesiąc spłacamy kredyt.

— I co z tego? Wniosłam swoją część. Bez moich pieniędzy w ogóle byście tego mieszkania nie kupili, — teściowa usiadła na kanapie, jakby demonstrując, że nigdzie się nie wybiera. — Więc nie mów mi o waszych prawach.

 

Marie spojrzała na Erica. Stał na środku pokoju, rozdarty między chęcią obrony żony a strachem przed zranieniem matki. Znała to spojrzenie: bezradne, zagubione. Teraz będzie milczał. Jak zawsze.

 

— Dobrze, — Marie wzięła torbę i ruszyła w stronę wyjścia. — Muszę zaczerpnąć powietrza.

— Dokąd idziesz? — Eric zrobił krok w jej stronę.

— Na dół. Pooddychać. Czy tego też już mi nie wolno?

 

Wyszła, nie czekając na odpowiedź. Winda nie działała — znowu zepsuta. Marie schodziła po schodach, czując, jak nogi robią się ciężkie. Czwarte piętro, starte stopnie, zapach wilgoci i starej farby.

 

Przed wejściem, na ławce, siedziała Weronika, sąsiadka z trzeciego piętra. Starsza kobieta w lekkiej kurtce, z książką na kolanach. Na widok Marie podniosła głowę.

— Marie, dzień dobry. Jesteś jakaś blada.

— Dzień dobry, Weronika, — Marie usiadła obok, nie wiedząc, co zrobić z rękami. — To był trudny dzień.

— Problemy w pracy?

*

— Problemy w pracy?

— Gdyby tylko… — Marie uśmiechnęła się gorzko. — W domu, Weroniko. W domu.

 

Sąsiadka westchnęła ze zrozumieniem, delikatnie zamknęła książkę i odłożyła ją na bok.

— Teściowa?

Marie spojrzała na nią ze zdziwieniem.

— Aż tak widać?

— Widać, — skinęła głową Weronika. — Kiedy kobieta wychodzi z klatki z taką twarzą, to albo teściowa, albo rozwód. Czasem jedno i drugie.

 

Marie spuściła wzrok na swoje dłonie. Drżały.

— Powiedziała, że zgodnie z prawem należy jej się część mieszkania. Bo kiedyś dała pieniądze. I teraz… teraz jest tutaj. Z walizkami. I chyba na długo.

 

Weronika pokręciła głową.

— Pieniądze to straszna rzecz, dziecko. Zwłaszcza gdy daje się je „z czystego serca”, a potem się o nich przypomina.

 

— Eric milczy, — powiedziała cicho Marie. — Stoi i milczy. Jakby mnie tu nie było.

— Bo jest między młotem a kowadłem, — odpowiedziała łagodnie sąsiadka. — Ale wiesz… dorosły mężczyzna musi wybierać. Inaczej ktoś wybierze za niego.

 

Te słowa zabolały, bo Marie sama to wiedziała. Wstała z ławki.

— Dziękuję, Weroniko. Muszę wracać. Nie mogę już uciekać.

 

Gdy Marie wróciła, w mieszkaniu panowała ciężka cisza. Catherine siedziała w kuchni i piła herbatę, jakby była tu gospodynią od lat. Eric stał przy oknie, zgarbiony.

— Wróciłam, — powiedziała Marie spokojnie.

 

— Doskonale, — Catherine podniosła wzrok. — W samą porę. Pomyślałam, że pomieszkam u was, dopóki nie rozwiążę sprawy z Anthonym. Miesiąc albo dwa. Może dłużej.

— Nie, — odpowiedziała Marie równie spokojnie.

 

Eric gwałtownie się odwrócił.

— Marie…

— Nie, — powtórzyła, patrząc prosto na teściową. — Może pani zostać na kilka dni. Ale nie mieszkać tutaj. Nie dlatego, że jestem zła czy niewdzięczna. Tylko dlatego, że to jest nasz dom.

*

Catherine zmrużyła oczy.

— Wyrzucasz mnie?

— Wyznaczam granice, — Marie poczuła, że wciąż drży, ale było już za późno na odwrót. — Pomogliście nam, dziękuję. Ale to nie daje wam prawa decydować o naszym życiu.

 

Zapadła cisza. Długa, lepka.

— Eric, — Catherine zwróciła się do syna. — Słyszysz, co ona mówi?

 

Milczał. Potem powoli się wyprostował.

— Słyszę, mamo. I… ma rację. Powinienem był powiedzieć to wcześniej. Przepraszam.

 

Marie wstrzymała oddech.

Catherine wstała. Jej twarz stwardniała, stała się zimna.

— Wszystko zrozumiałam. W takim razie się spakuję. Widocznie jestem tu zbędna.

 

— Zamówię pani taksówkę i pomogę znaleźć hotel, — powiedział Eric, a w jego głosie po raz pierwszy tego wieczoru pojawiła się stanowczość.

 

Gdy drzwi za Catherine się zamknęły, w mieszkaniu zrobiło się nienaturalnie cicho.

Marie opadła na krzesło.

— Dlaczego tak długo milczałeś?

 

Eric usiadł naprzeciwko niej.

— Bo się bałem. Stracić ciebie. Stracić ją. A w końcu prawie straciłem wszystko.

*

Siedzieli w ciszy, słuchając wieczornego miasta za oknem.

— Poradzimy sobie? — zapytała Marie cicho.

— Tak, — odpowiedział, biorąc ją za rękę. — Ale tylko jeśli będziemy razem. Naprawdę.

 

Marie skinęła głową. Po raz pierwszy tego dnia poczuła w sobie ulgę.

Mieszkanie znów było ich domem. I teraz — już bez złudzeń.