— Wstyd mi zabrać cię na bankiet — powiedział mąż. Godzinę później cała elita patrzyła tylko na jego „szarą myszkę”.

 

— Wstyd mi zabrać cię na bankiet — Daniel nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. — Będą tam ludzie. Normalni ludzie.

 

Anna stała przy lodówce z kartonem mleka w dłoni. Dwanaście lat małżeństwa, dwoje dzieci. I teraz — wstyd.

 

— Założę czarną sukienkę. Tę, którą sam mi kupiłeś.

 

— To nie o sukienkę chodzi — w końcu na nią spojrzał. — Chodzi o ciebie. Zaniedbałaś się. Włosy, twarz… wszystko w tobie jakieś nijakie. Będzie Wiktor z żoną. Ona jest stylistką. A ty… wiesz.

 

— W takim razie nie pojadę.

 

— Grzecznie. Powiem, że masz gorączkę. Nikt nic nie powie.

 

Poszedł pod prysznic, a Anna została sama w kuchni. W sąsiednim pokoju spały dzieci. Lucas — dziesięć lat, Sofia — osiem. Kredyt, rachunki, zebrania szkolne. Rozpłynęła się w tym domu, a mąż zaczął się jej wstydzić.

*

— Czy on zupełnie oszalał? — Helena, przyjaciółka fryzjerka, patrzyła na Annę z niedowierzaniem.

— Wstydzić się żony na bankiecie? Kim on w ogóle jest?

— Kierownikiem magazynu. Awansował.

— I teraz żona nie pasuje? — Helena gwałtownie nalała wrzątek. — Posłuchaj mnie. Pamiętasz, co robiłaś przed dziećmi?

— Byłam nauczycielką.

— Nie to. Robiłaś biżuterię. Z koralików. Mam do dziś ten naszyjnik z niebieskim kamieniem. Wszyscy pytają, gdzie go kupiłam.

 

Anna przypomniała sobie. Awenturyn. Robiła biżuterię wieczorami, gdy Daniel patrzył na nią inaczej.

— To było dawno.

— Skoro było, możesz to powtórzyć — Helena nachyliła się. — Kiedy bankiet?

— W sobotę.

— Świetnie. Jutro przychodzisz do mnie. Fryzura i makijaż. Dzwonimy do Olivii — ma sukienki. Biżuterię wyciągniesz sama.

— Helena, on powiedział…

— Niech się wypcha. Pójdziesz na bankiet. I on się przestraszy.

 

Olivia przyniosła długą, śliwkową suknię z odkrytymi ramionami. Przymierzały godzinę.

— Do tego koloru potrzebna jest wyjątkowa biżuteria — powiedziała Olivia. — Ani srebro, ani złoto.

 

Anna otworzyła starą szkatułkę. Na dnie leżał komplet: naszyjnik i kolczyki z niebieskiego awenturynu.

— To arcydzieło — szepnęła Olivia. — Sama zrobiłaś?

— Sama.

 

Helena ułożyła miękkie fale. Makijaż był stonowany, ale wyrazisty. Anna założyła suknię, zapięła biżuterię. Kamienie były chłodne na szyi.

— Spójrz — powiedziała Olivia.

 

Anna podeszła do lustra. I zobaczyła siebie.

 

Restauracja nad rzeką była pełna. Anna weszła późno. Rozmowy ucichły na chwilę.

 

Daniel stał przy barze. Zobaczył ją — i znieruchomiał. Ona przeszła dalej i usiadła z boku.

— Przepraszam, czy to miejsce jest wolne?

 

Mężczyzna około czterdziestu pięciu lat, szary garnitur, bystre oczy.

 

*

— Przepraszam, czy to miejsce jest wolne?

 

Anna podniosła wzrok. Mężczyzna czekał spokojnie.

— Tak. Wolne.

 

— Marek.

— Anna.

 

Kelner pojawił się natychmiast. Marek zamówił wino, Anna wodę.

 

— Jest pani sama?

— Tak.

— Odważnie.

 

— Czasem warto robić rzeczy nieakceptowane.

 

Spojrzał na biżuterię.

— Ręczna robota?

— Tak.

— Bardzo subtelne.

 

W Annie coś się otworzyło.

 

Daniel obserwował z daleka. Złość. Strach.

*

Podeszli Wiktor z żoną.

— Anna? Co za niespodzianka.

— Wzajemnie.

 

— Bardzo… odważnie.

— Dziękuję.

 

Marek wstał.

— Przepraszam, na chwilę porwę Annę.

 

Przy oknach:

— Pani mąż traci grunt.

— Nie lubi niespodzianek.

 

Muzyka zwolniła.

— Zatańczymy?

— Tak.

 

Daniel podszedł gwałtownie.

— Musimy porozmawiać.

— Nie teraz.

 

— Co robisz?

— Tańczę.

 

— To nieprzyzwoite.

— Wstydzić się żony — to jest nieprzyzwoite.

 

— Wrócę później. Dzieci są bezpieczne. Nie mam gorączki. Nie będę już kłamać.

*

Bankiet się skończył. Anna wyszła sama. Wiadomość została bez odpowiedzi.

 

W domu cisza. Biżuteria na stole. Czysta kartka.

 

Po tygodniu wzięła urlop. Po miesiącu było pierwsze zamówienie. Po trzech — witryna w salonie Heleny.

 

Daniel odszedł. Spokojnie.

 

Wszystko zaczęło się w chwili, gdy Anna przestała się siebie wstydzić.