Moja teściowa wyśmiała mój prezent na oczach gości — nie mając pojęcia, jaką prawdziwą niespodziankę dla niej przygotowałam.

 

Aurora układała dokumenty w grubej teczce, gdy zadzwonił telefon. Jej wzrok automatycznie padł na ekran i serce ścisnęło się z niepokoju. Teściowa. To imię nigdy nie pojawiało się bez powodu. Margaret nie dzwoniła, żeby porozmawiać — każdy jej telefon oznaczał albo kolejne żądanie, albo nową porcję jadowitej ironii.

 

— Halo — odezwała się Aurora ostrożnie, już przygotowana na nieprzyjemną rozmowę.

 

— Kup mi twaróg i śmietanę w sklepie — rzuciła Margaret chłodnym tonem, bez przywitania. — Wiem, że masz czas. Przy twojej żałosnej pracy możesz wyjść wcześniej, kiedy tylko chcesz. Szefostwo pewnie nawet tego nie zauważy.

 

Aurora ścisnęła telefon mocniej, czując, jak w środku wszystko kurczy się z upokorzenia. Sześćdziesiąt tysięcy miesięcznie to nie była fortuna, ale były to pieniądze uczciwie zarobione. Pracowała ciężko — była menedżerką w małej firmie handlowej, prowadziła skomplikowaną dokumentację, rozmawiała z wymagającymi klientami i rozwiązywała konflikty. Dla Margaret jednak wszystko to nie miało żadnej wartości.

 

— Pracuję do szóstej — wyjaśniła Aurora spokojnie. — Mogę wpaść po pracy, to nie problem.

*

— Oczywiście — przeciągnęła teściowa z drwiną. — Takie ważne sprawy za te śmieszne pieniądze. Bez ciebie biuro pewnie stanie. Dobrze, poradzę sobie sama. Jak zwykle.

 

Połączenie zostało przerwane. Aurora powoli odłożyła telefon na biurko. Ból w klatce piersiowej był aż nazbyt znajomy. Oczy piekły, ale nie pozwoliła sobie na łzy. Nikt nie mógł tego zauważyć. Wzięła głęboki oddech i wróciła do dokumentów.

 

Podczas niedzielnej kolacji rodzinnej Margaret znów nie straciła okazji, by ją ukłuć przy synu.

 

— Julien, kochanie, pamiętasz Sophie ze szkoły? — zaczęła, krojąc sałatkę. — Niedawno wyszła za mąż za bardzo odnoszącego sukcesy przedsiębiorcę. Mieszka w luksusowym, trzypiętrowym domu i jeździ najnowszym modelem Mercedesa. To dopiero udane małżeństwo!

 

Aurora w milczeniu kroiła kurczaka na swoim talerzu. Julien chrząknął nerwowo.

 

— Mamo, proszę, nie zaczynaj.

 

— A co takiego powiedziałam? — zapytała Margaret z udawanym zdziwieniem. — Tylko stwierdzam fakty. Jedni potrafią wybierać mężczyzn z przyszłością, inni zadowalają się tym, co im się trafi.

 

— Kocham Juliena nie za pieniądze — powiedziała Aurora cicho, ale stanowczo.

 

— Widać — prychnęła Margaret. — Przy takiej pensji wielkiego wyboru nie ma.

 

Aurora wstała od stołu, tłumacząc się silnym bólem głowy. W łazience obmyła twarz zimną wodą i spojrzała na swoje blade odbicie w lustrze. Coś musiało się zmienić. Nie mogła już dłużej znosić tych upokorzeń. Musiała udowodnić, że jest coś warta.

 

Od poniedziałku zaczęła zostawać w biurze do późna, brała na siebie najtrudniejsze projekty i uczyła się nawet w weekendy.

 

— Aurora, zajedziesz się — powiedziała z troską Claire z sąsiedniego działu.

 

— Potrzebuję awansu — odpowiedziała szczerze Aurora. — Bardzo go potrzebuję.

 

Julien początkowo ją wspierał, ale z czasem zaczął narzekać.

 

— Prawie cię nie ma w domu — mruczał. — Może mama ma rację.

*

Aurora w milczeniu zdjęła płaszcz i poszła do kuchni. Słowa Juliena zraniły ją głęboko, ale nie miała już siły na kłótnię. Postawiła czajnik i wpatrywała się w ciemne okno, w którym odbijała się jej zmęczona twarz.

„Ma rację… zawsze ma rację” — przemknęło jej przez myśl z goryczą.

Tego wieczoru prawie ze sobą nie rozmawiali. Julien poszedł spać wcześniej, a ona długo siedziała sama w kuchni, trzymając kubek obiema rękami i podejmując decyzję, z której nie było już odwrotu.

 

Miesiąc później została wezwana do gabinetu dyrektora. Serce biło jej tak mocno, że miała wrażenie, iż słychać je w całym korytarzu. Przez dłuższą chwilę przeglądał dokumenty, zadawał pytania, aż w końcu podniósł wzrok.

 

— Aurora, od dawna obserwuję pani pracę — powiedział spokojnie. — Robi pani znacznie więcej, niż wymaga to stanowisko. Jesteśmy gotowi zaproponować pani awans i nowe wynagrodzenie. Dziewięćdziesiąt tysięcy na okres próbny. Jeśli się pani sprawdzi, perspektywy będą jeszcze lepsze.

 

Wyszła z gabinetu jak na miękkich nogach. Miała ochotę jednocześnie śmiać się i płakać. W tamtej chwili zrozumiała, że nic nie poszło na marne.

 

Aurora postanowiła nie mówić od razu Julienowi o tej wiadomości. Zbliżały się urodziny Margaret — ten wieczór, podczas którego teściowa gromadziła rodzinę i znajomych, by zabłysnąć i po raz kolejny podkreślić swoją wyższość. Aurora przygotowała się spokojnie i z rozwagą. Wybrała skromny, lecz elegancki prezent, a dokumenty włożyła do osobnej teczki. To była jej prawdziwa niespodzianka.

 

Przy świątecznym stole Margaret, jak zawsze, była w centrum uwagi. Przyjmowała życzenia i prezenty, uśmiechała się, a jednocześnie nie traciła okazji, by rzucić kąśliwą uwagę.

 

— No dobrze, zobaczmy, co tu mamy — uśmiechnęła się ironicznie, otwierając pudełko od Aurory. — Serwis obiadowy. Sympatyczny. Choć bez większego rozmachu. Ale czego innego można się było spodziewać?

 

W pokoju zapadła niezręczna cisza. Julien spuścił wzrok, a Aurora, ku własnemu zaskoczeniu, uśmiechnęła się spokojnie i pewnie.

 

— To nie wszystko — powiedziała równym tonem. — Główny prezent będzie później.

 

Margaret prychnęła z niedowierzaniem, ale nic nie powiedziała. Przyjęcie trwało dalej, choć napięcie było wyczuwalne w powietrzu. Gdy goście zaczęli się rozchodzić, Aurora wstała i podała teściowej teczkę.

 

— To dla pani — dodała. — Myślę, że panią zainteresuje.

 

Margaret otworzyła ją i zmarszczyła brwi. Przez kilka sekund czytała w milczeniu. Wyraz jej twarzy stopniowo się zmieniał.

 

— Co to ma znaczyć? — zapytała w końcu.

*

— To mój nowy kontrakt — odpowiedziała Aurora spokojnie. — Awans. I tak, moja „żałosna praca” jest teraz znacznie lepiej płatna. Ciężko na to pracowałam.

 

W pokoju znów zrobiło się cicho. Ktoś z rodziny zakaszlał nerwowo. Margaret zamknęła teczkę i powoli podniosła wzrok. Po raz pierwszy nie było w nim ani kpiny, ani poczucia wyższości — tylko dezorientacja.

 

— Cóż… gratulacje — powiedziała sucho.

 

Aurora skinęła głową. To w zupełności jej wystarczyło. Nie potrzebowała przeprosin — tylko uznania.

 

Później, już w domu, Julien usiadł obok niej na kanapie.

 

— Przepraszam — powiedział cicho. — Myliłem się. Powinienem był stanąć po twojej stronie.

 

Aurora patrzyła na niego długo i uważnie, po czym powoli skinęła głową.

 

— Nie jestem przeciwko rodzinie — odpowiedziała. — Ale nie pozwolę już nikomu, nawet twojej matce, mnie upokarzać. Albo jesteśmy razem, albo każdy idzie swoją drogą.

 

Objął ją mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. I w tej chwili Aurora po raz pierwszy od dawna poczuła nie zmęczenie, lecz spokój. Wiedziała, że trudności jeszcze się pojawią, ale teraz potrafiła bronić siebie — i nigdy więcej nie pozwoli, by ktokolwiek drwił z jej wartości.