Wstawaj szybciej, w domu jest mnóstwo roboty — zażądał mąż już drugiego dnia po porodzie.
— Nie mogę, Mark… nogi mnie nie trzymają — wyszeptała cicho Claire, próbując unieść się na szpitalnym łóżku.
— Jutro wypis. Trzeba się przygotować. W domu bałagan, lodówka pusta. Przyjedzie moja mama — co sobie pomyśli? — mówił sucho, patrząc gdzieś w bok, jakby Claire w ogóle nie istniała.
— Ja… ja urodziłam dopiero wczoraj…
— No i co z tego? Wszystkie rodzą. Moja matka urodziła troje dzieci — i nic, trzeciego dnia już zajmowała się domem.
Dziecko w przezroczystym łóżeczku poruszyło się i zapiszczało. Claire wyciągnęła do niego ręce, ale Mark delikatnie, choć stanowczo, złapał ją za nadgarstek:
— Zostaw. Popłacze chwilę i się uspokoi. Słuchaj, jutro przyjadę koło drugiej. Bądź gotowa.
Claire z trudem przekroczyła próg mieszkania. W jednej ręce trzymała zawiniątko z synem, w drugiej — torbę z rzeczami ze szpitala. Za nią zostały bezsenne noce, skurcze, ból i zmęczenie.
— Mark, pomóż mi… — poprosiła, ale mąż już zniknął w kuchni.
— Zaraz, zapalę papierosa. Jakiś dziwny zapach w domu.
*
Claire weszła do sypialni, ostrożnie położyła dziecko na łóżku i rozejrzała się. Na pierwszy rzut oka było czysto, ale po męsku niedbale: skarpetki pod fotelem, puste butelki na parapecie. Łóżeczko dla dziecka było złożone tylko do połowy.
— Mark, a łóżeczko skończyłeś?
— Nie zdążyłem — odezwał się z kuchni. — Jutro złożę, chyba. Na razie niech śpi z tobą, co za problem.
Dziecko zaczęło płakać, a Claire powoli usiadła na łóżku. Bolało ją wszystko — ciało, głowa, serce.
— Chyba trochę się położę… zupełnie nie mam siły…
— Znowu? — zdziwił się Mark. — A kolacja? Od dwóch dni jem pierogi. Jutro przyjedzie mama, trzeba posprzątać.
— Mark, dopiero co wróciłam ze szpitala… jest mi bardzo ciężko.
— Każdemu jest ciężko — machnął ręką. — A ty zachowujesz się jak księżniczka. Dobra, zajrzę do Paula na godzinkę.
Noc ciągnęła się bez końca. Dziecko budziło się, płakało, piersi ją bolały, mleko nie napływało. Claire próbowała dodzwonić się do szpitala, ale odpowiedziano jej sennym głosem:
— Wszystko w porządku, mamusiu. Przystaw dziecko do piersi, to minie.
Nad ranem ledwo trzymała się na nogach. Mark spał w salonie, z głową przykrytą poduszką.
O ósmej rano zadzwonił dzwonek do drzwi.
— Mark… proszę, otwórz… — zawołała.
Mąż nie reagował. Dzwonek zabrzmiał ponownie, głośniej. Claire poszła sama, ściskając brzuch z bólu.
W progu stała Margaret — wysoka, zadbana, z chłodnym spojrzeniem.
— Dlaczego tak długo otwierasz? — powiedziała bez przywitania i weszła do środka. — Gdzie jest mój wnuk?
— Śpi… właśnie zasnął — odpowiedziała cicho Claire.
— A ty czemu wyglądasz na tak wykończoną? I co to za zapach… to brudne pieluchy? Naczynia nieumyte? Ty w ogóle co robisz cały dzień?
— Ja… po prostu nie zdążyłam…
— Gdzie jest Mark? — teściowa weszła do salonu. — Wstawaj! Jak możesz spać, kiedy w domu jest taki bałagan?
— Cześć, mamo — mruknął Mark. — Wcześnie przyszłaś.
— Nie wcześnie, tylko na czas. Tu nie ma żadnego porządku! — odwróciła się do Claire. — Myślisz, że jak urodziłaś, to możesz odpoczywać? Ja wychowałam troje dzieci — i nic, trzeciego dnia byłam już na nogach.
Te słowa Claire słyszała już wcześniej.
Kolejne dni zlały się dla niej w jedną nieustanną udrękę. Teściowa przejęła wszystko pod kontrolę: gotowała, sprzątała, wydawała polecenia i krytykowała każdy ruch synowej.
— Źle go trzymasz, udusi się. Źle karmisz. Po co takie drogie pieluchy? My radziłyśmy sobie bez nich.
Claire milczała. W środku wszystko w niej stopniowo gasło.
Goście, wizyty, rady — wszyscy powtarzali jedno: „Dziecko to radość”. Tyle że ta radość jakoś nie nadchodziła.
Mąż wracał późno, pachniał papierosami i zmęczeniem.
— No i jak tam u was? — pytał, nie czekając na odpowiedź.
*
Pewnego dnia, gdy teściowa poszła do sąsiadki, Claire spróbowała porozmawiać.
— Mark, wydaje mi się, że coś jest ze mną nie tak… cały czas chce mi się płakać.
— Znowu? — przerwał jej zirytowany. — Po prostu się nad sobą użalasz. Wszyscy przez to przechodzą.
— Ale ja naprawdę sobie nie radzę…
— Wystarczy, Claire! Ja też mam swoje problemy.
Po kilku tygodniach teściowa zaczęła się pakować.
— No, jakoś sobie radzicie — powiedziała, układając torbę. — Chociaż mogłabyś być trochę żwawsza.
— Dziękuję za pomoc — odpowiedziała cicho Claire.
— Będę zaglądać, sprawdzę, jak tu sobie radzicie.
Kiedy drzwi zamknęły się za nią, Claire po raz pierwszy odetchnęła swobodniej. Ale nie na długo.
— No dobrze, teraz jesteśmy sami — powiedział Mark i włączył telewizor.
Claire skinęła głową i poszła do syna. „Sami” znaczyło — ona sama.
— Wstawaj, jest mnóstwo roboty — rozległo się rano. Mark stał nad nią. — Dziś wychodzę wcześnie. Przygotuj coś porządnego, dobrze? Bo te makarony już mi się znudziły.
*
Claire zamknęła za nim drzwi i przez kilka sekund stała w ciszy, wsłuchując się w jego kroki na klatce schodowej. Potem spojrzała na zegar, na zlew pełen nieumytych naczyń, na wystygłą herbatę, której nawet nie tknęła. Jej syn poruszył się, cicho jęknął, a ona odruchowo wzięła go na ręce i przytuliła do siebie, jakby w tym geście było wszystko, co jeszcze trzymało ją przy rzeczywistości.
Dzień ciągnął się ciężko i lepko. Dziecko zasypiało i budziło się, a każdy jego płacz odbijał się w niej tępym bólem. Claire łapała się na tym, że wpatruje się w jeden punkt, nie potrafiąc przypomnieć sobie, ile czasu minęło — minuta czy cała godzina. Postawiła garnek na kuchence i zapomniała o nim, dopóki zapach przypalenizny nie wyrwał jej z zamyślenia.
Wieczorem Mark wrócił poirytowany.
— Co to za zapach? — zapytał już od drzwi. — Mówiłem, żebyś ugotowała coś porządnego.
— Próbowałam… — zaczęła Claire, ale on już machnął ręką.
— Dobrze, zamówię coś. A z dzieckiem przynajmniej sobie radzisz?
Te słowa zabolały bardziej niż policzek. Claire spuściła wzrok i nic nie powiedziała. Tej nocy prawie nie spała. Dziecko płakało, a w niej była tylko pustka i strach. Nad ranem, siedząc w kuchni z synem na rękach, nagle się rozpłakała — cicho, bezgłośnie, żeby nie obudzić męża.
Następnego dnia zadzwoniła jej siostra.
— Claire, ostatnio jesteś jakaś dziwna. Wszystko w porządku?
— Tak… po prostu jestem zmęczona — skłamała, ale głos jej zadrżał.
— To nie jest tylko zmęczenie. Byłaś u lekarza po porodzie?
Claire pokręciła głową, choć wiedziała, że siostra jej nie widzi.
Po kilku dniach w końcu się zdecydowała. Z trudem się ubrała, zawinęła syna i pojechała do przychodni. Lekarka długo jej słuchała, zadawała pytania, patrzyła uważnie, bez oceniania.
— Ma pani depresję poporodową — powiedziała spokojnie. — To się zdarza. I da się leczyć. Ale potrzebuje pani pomocy i wsparcia.
Słowa „potrzebuje pani pomocy” zabrzmiały jak pozwolenie. Nie jak słabość, nie jak wyrok — jak prawo.
W domu Mark zareagował ostro.
— Co, jesteś chora? — chodził nerwowo po pokoju. — Wszystkie rodzą i nic im nie jest. Znowu sobie coś wmawiasz.
— Jest mi źle, Mark. Naprawdę źle — powiedziała cicho Claire. — Potrzebuję pomocy. Twojej pomocy.
*
Zamilkł, jakby po raz pierwszy naprawdę ją usłyszał. Przez kilka sekund panowała niezręczna cisza.
— Ja… nie wiedziałem, że to aż tak poważne — powiedział w końcu. — Myślałem, że jesteś tylko zmęczona.
Nie zmienił się w jeden dzień. Wciąż się denerwował, wciąż nie wszystko rozumiał. Ale tego wieczoru sam wziął dziecko na ręce i nieporadnie je kołysał, podczas gdy Claire siedziała obok i po raz pierwszy od dawna po prostu patrzyła, nic nie robiąc.
Po tygodniu pojechała na kilka dni do siostry. Tam było głośno, niedoskonale, ale ciepło. Tam nikt nie mówił „każdemu jest ciężko”, tam mówili: „Nie jesteś sama”. Claire spała kilka godzin bez przerwy, jadła ciepłe posiłki i powoli zaczynała znowu czuć się żywa.
Kiedy wróciła, mieszkanie było wciąż takie samo — dalekie od ideału. Ale Mark przywitał ją inaczej — bez pretensji, bez rozkazów.
— Myślałem… może czasem zatrudnimy nianię. I… jeśli chcesz, porozmawiaj jeszcze z tą lekarką — powiedział, nie patrząc jej w oczy.
Claire skinęła głową. To nie były przeprosiny ani przyznanie się do winy. Ale był to krok. Mały, niepewny, ale krok w jej stronę.
Położyła syna do łóżeczka, które Mark w końcu złożył do końca, i położyła się obok. Po raz pierwszy od dawna nie było w niej paniki. Tylko zmęczenie i cicha nadzieja. Nie na bajkę — ale na to, że jutro może być choć trochę lżejsze niż dziś.