— Mark, dlaczego wróciłeś tak wcześnie? Przecież miałeś wrócić dopiero za dwa dni — powiedziała przestraszona Elena, wychodząc do przedpokoju.
Elena Siergiejewna Wolf stała przy oknie swojego gabinetu i obserwowała, jak drobny jesienny deszcz cicho uderza w szybę. Biuro firmy budowlanej „Stroigarant” znajdowało się na czwartym piętrze nowoczesnego centrum biznesowego, z widokiem na szare, wilgotne miasto. Piątek. Koniec tygodnia pracy. Większość pracowników już wyszła, a ona wciąż musiała dokończyć raport kwartalny.
W wieku trzydziestu siedmiu lat Elena wyglądała młodziej — była szczupła, zadbana, z kasztanowymi włosami sięgającymi ramion i wyrazistymi brązowymi oczami. Ostatnio jednak w tych oczach coraz częściej pojawiało się zmęczenie. Piętnaście lat doświadczenia w księgowości, z czego pięć w „Stroigarant”. Liczby, dokumenty i sprawozdania stały się jej stałymi towarzyszami. Czasami śniło jej się nawet, że zamyka bilanse i sprawdza konta.
Telefon krótko zawibrował. Wiadomość od męża: „Wyjechałem w trasę. Wrócę za dwa tygodnie. Jedzenie jest w lodówce. Całuję”.
*
Elena ciężko westchnęła. Jej małżeństwo z Markiem od dawna zamieniło się w dobrze działający mechanizm — bez kłótni, ale i bez ciepła. Dwanaście lat razem, a każdy kolejny rok coraz bardziej przypominał poprzedni. Mark Wolf, doświadczony kierowca dalekobieżny, większość czasu spędzał w drodze. Elena przywykła do samodzielnego życia: praca, dom, rzadkie spotkania z przyjaciółkami i opieka nad matką, mieszkającą na drugim końcu miasta.
„Tak żyją tysiące rodzin” — uspokajała się, gdy ogarniał ją niepokój. „Mamy stabilność, szacunek, mieszkanie, dochód”.
Jednak ostatnio te słowa przestały wystarczać. Coraz częściej Elena miała wrażenie, że życie przechodzi obok niej. Ich syn Lucas studiował w innym mieście i przyjeżdżał tylko na wakacje. A ona i jej mąż jakby żyli w różnych światach, które coraz rzadziej się przecinały.
Do drzwi gabinetu zapukano.
— Pani Eleno, nadal pani tu jest? — w progu pojawił się Aleksander Walentinowicz Steiner, dyrektor firmy. — Wciąż pani pracuje?
— Tak, panie Aleksandrze Walentinowiczu, chcę dokończyć raport — Elena odruchowo poprawiła włosy. — Terminy gonią.
— Mów mi po prostu Aleksander, już o tym rozmawialiśmy — uśmiechnął się. W wieku czterdziestu pięciu lat robił ogromne wrażenie: był pewny siebie, zadbany, z łagodnym urokiem, który zawsze działał. — Ja też zostałem. Może zostaniemy razem? Zamówiłem kolację — sushi.
Stało się to niewypowiedzianą tradycją — zostawać we dwoje w piątkowe wieczory. Najpierw rozmowy o pracy, potem o życiu, rodzinie i o tym, co boli. Trzy lata wcześniej Aleksander stracił żonę i samotnie wychowywał nastoletniego syna. Czasem prosił Elenę o radę, jak bliską osobę. Ona czuła, że jest dla kogoś naprawdę ważna.
— Dobrze — odpowiedziała, a coś w niej drgnęło. Wiedziała już, że ten wieczór będzie inny.
W poniedziałek Elena przyszła do biura wcześniej niż zwykle. Miasto dopiero się budziło, windy jechały powoli, korytarze były puste i dudniące. Miała nadzieję, że te dodatkowe trzydzieści minut pozwolą jej zebrać myśli, ale niepokój nie odpuszczał. Serce wciąż reagowało na wspomnienie ciepłej dłoni Aleksandra i to irytowało ją najbardziej.
Włączyła komputer, otworzyła raporty, lecz liczby się rozmywały. Myśli uparcie wracały do piątkowego wieczoru. Do słów, których nie dało się źle zrozumieć. Do tego, jak łatwo było oddychać w jego obecności.
— Dzień dobry — odezwał się spokojny głos za jej plecami.
Elena drgnęła. Aleksander stał w drzwiach, bez uśmiechu, z opanowanym, niemal służbowym wyrazem twarzy.
— Dzień dobry — odpowiedziała, starając się, by głos brzmiał pewnie.
— Mogę na chwilę? — zapytał cicho.
Skinęła głową, czując, jak wszystko w niej się ściska.
W jego gabinecie było jasno, zasłony odsłonięte, poranne światło podkreślało surowe linie mebli. Atmosfera nie przypominała już intymności piątkowego wieczoru — i to, nie wiedzieć czemu, zabolało.
— Nie chciałem stawiać cię w niezręcznej sytuacji — zaczął Aleksander, opierając dłonie o biurko. — Jeśli teraz powiesz, że to był błąd, zaakceptuję to. Bez pytań.
*
Elena spuściła wzrok. Te słowa dawały jej wyjście, ale wymagały szczerości — przede wszystkim wobec samej siebie.
— To nie był błąd — powiedziała w końcu. — Ale nie potrafię tak żyć. W ukryciu. Z podwójnym życiem. Nie chcę tego.
Aleksander wyprostował się powoli, patrząc na nią uważnie.
— Nie proponuję ci zdrady — odpowiedział. — Proponuję wybór. Kiedy i jeśli będziesz gotowa.
W tej chwili Elena zrozumiała, że to, co najtrudniejsze, już się wydarzyło. Nie mogła dłużej udawać, że wszystko jest w porządku.
Tego wieczoru długo siedziała w kuchni, patrząc w ciemne okno. Telefon leżał obok, ekran milczał. Mark musiał być gdzieś w trasie, setki kilometrów stąd.
To ona zadzwoniła pierwsza.
— Elena? Coś się stało? — głos Marka był zmęczony, ale zaniepokojony.
— Musimy porozmawiać — powiedziała i sama zdziwiła się, jak spokojnie to zabrzmiało. — Naprawdę. Kiedy wrócisz.
Zapadła cisza.
— Spróbuję wrócić wcześniej — odpowiedział w końcu. — Przerażasz mnie.
*
— Po prostu nie potrafię już udawać, że wszystko jest dobrze — powiedziała cicho. — Ani dla ciebie, ani dla siebie.
Pożegnali się powściągliwie, bez zwyczajowych formuł.
Tydzień później Mark wrócił. Siedzieli w salonie jak obcy ludzie, ostrożnie dobierając słowa. Rozmowa była ciężka, momentami bolesna, ale zaskakująco szczera. Bez oskarżeń, bez krzyków. Okazało się, że on również od dawna czuł pustkę, tylko nie wiedział, jak o niej mówić.
— Staliśmy się współlokatorami — powiedział Mark głucho. — Nie rodziną.
Elena skinęła głową. Łzy popłynęły same, ale wraz z nimi pojawiło się dziwne uczucie ulgi.
Decyzja nie zapadła szybko, ale była wspólna. Miesiąc później złożyli pozew o rozwód.
Wiosna przyszła do miasta niepostrzeżenie. W biurze otwarto okna, powietrze pachniało świeżością i czymś nowym. Elena znów stała przy oknie swojego gabinetu, lecz tym razem w odbiciu widziała inną siebie — zmęczoną, tak, ale żywą.
Aleksander jej nie poganiał. Po prostu był obok: wspierał ją, czekał, czasem milczał razem z nią. I pewnego wieczoru, wychodząc późno z biura, to Elena sama ujęła jego dłoń.
— Jestem gotowa — powiedziała po prostu.
Uśmiechnął się — bez triumfu, bez zbędnych słów.
Czasem, aby zacząć nowe życie, nie trzeba uciekać, lecz zatrzymać się i uczciwie spojrzeć na to, kim się było. Elena to zrobiła. I po raz pierwszy od dawna poczuła, że przed nią nie ma pustki, lecz droga.